Pół roku temu w naszej pracowni pojawił się stary sfatygowany mebel. Był to dębowy fornirowany kredens z okresu międzywojennego. Przyjechał do nas w częściach i w dużej mierze wybrakowany, po rozmowie z właścicielką mebla okazało się, że ledwo uszedł z życiem z klęski powodzi. Stał w wodzie tylko chwilę... ale to i tak wystarczyło żeby poodklejały się wszystkie dolne forniry. Reszta elementów była.. niekompletna oczywiście :) cokołu brak zupełnie, zamki i okucia w pudełku po margarynie dostaliśmy, a szyby były tylko ze środkowej części - minus jedna :)
I co tu zrobić z takim "kaleką"? ...Zakasać rękawy i wziąć się do roboty - tym bardziej, że znajoma prosi.
Praca była brudna, trudna i żmudna. Dobrze, że mój M. jest takim dobrym stolarzem i poradził sobie z dorabianiem brakujących elementów i oklejaniem tych, które straciły fornir.
Po wielu miesiącach...(trochę nam się przedłużył pierwszy zakładany termin) udało nam się ukończyć renowację! Niech nikt nie myśli, że cały czas pracowaliśmy tylko nad tym jednym meblem, po prostu w między czasie wypadło nam milion innych spraw i jeszcze praca zawodowa, a że właścicielka mebla nie nalegała to my sobie spokojnie "grzebaliśmy" przy Panu Kredensie. Teraz kiedy jest już po renowacji można śmiało nazwać go Panem Kredensem, bo prezentuje się bardzo elegancko.
Przy okazji fotografowania mebla, posłużył mi on jako tło do prezentacji moich ostatnich zdobyczy z pchlego targu. Dwa kieliszki ze szlifowanego szkła w zawrotnej cenie 1 zł za sztuę! Uwielbiam to :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz